Kontakt: 509 359 409 | Polub mój profil na Facebook'u
Czekaj…

Oleńka odc. 7-9/20

7.

Wróciła do domu. Mateusz dziś tylko wchodził i wychodził, a to spotkanie, a to znowu jakieś sprawy na mieście. A ona tylko odbierała telefony:

„Ola za pięć minut będę. Proszę zrób mi kawy. Muszę kończyć”.

„Będę chwilę później. Stoję w korku”.

„Wiem wystygła. Zamówisz mi obiad? Tak, to co zwykle. Dzięki”

„Jasny gwint. Przepraszam, nie dojadę. Spotkamy się jutro. Nie, nie zostawiaj do jutra, weź do domu”

I tak stała się właścicielką obiadu szefa. Weszła do kuchni. Zawartość pudełka wrzuciła na patelnię. Chwilę później gwizdał czajnik. Herbata różana dobrze jej zrobi.

Przyniosła talerz, herbatę, sztućce. Gdy podeszła do stołu, o mało nie upuściła tego na podłogę. Na blacie leżał list w niebieskiej kopercie. Na jego rogu siedziała zielona kobieta, ze zgiętymi nogami, opierała głowę na kolanach. Patrzyła w oczy Oli: „Zjedz, poczekam”. Usłyszała w swojej głowie. Ola usiadła przy stole.

– To nowy list? – zapytała ją w myślach.

– Nie.

– Po co go tu przyniosłaś?

– Jest ważny.

– Dla kogo?

– Dla ciebie, kochanie.

– Gdyby był dla mnie ważny, to bym go dawno przeczytała.

– Gdyby nie był dla ciebie ważny, nie trzymałabyś go w szufladzie.

– Po prostu nie potrafię go wyrzucić. Jest częścią przeszłości.

– Nie, on jest w teraźniejszości.

– Czytałaś go?

Kiwnęła głową.

– Jak? Koperta nie jest otwarta.

Uśmiechnęła się. Jej oczy rozjaśniły się jeszcze bardziej.

– Jasne, prześwietliłaś go. Oczywiście – uśmiechnęła się zrezygnowana. Czuła się bezsilna. Wiedziała, że zielona kobieta nie odpuści. – Nie mam siły go otworzyć.

Kobieta wstała. Podniosła dłoń, koperta uniosła się zgodnie z jej ruchem na wysokość jej ust. W powietrzu niespiesznie odwróciła ją i dmuchnęła w sklejony papier. Koperta otworzyła się. Opuściła dłoń i koperta stanęła obok niej. Wyjęła list i wyciągnęła rękę:

– Aleksandro, już przyszedł czas.

Ola patrzyła jak zahipnotyzowana. W słonecznych oczach dostrzegła miłość. Wyciągnęła dłoń i wzięła małą karteczkę. Nie spodziewała się, że będzie tam tylko kilka słów.

 

– Z humorem widzę nie najlepiej – patrzył na nią badawczo.

Ola siedziała przy komputerze, nie patrząc w ekran, a w ścianę.

– Muszę powiesić tu jakiś obrazek, taki poprawiający mi nastrój.

– Czyli nie pytam, ale jakbyś chciała pogadać, to dziś mam wolniejszy czas, po drugiej.

– Oki, dzięki. To takie osobiste, wiesz?

– Wiem, nie chcesz o tym gadać.

– Po prostu muszę o czymś zadecydować, a właściwie to już wszystko jasne i nie mam się na co decydować, ale jednak muszę – patrzyła w ścianę i mówiła bardziej do siebie, niż do niego.

Mateusz wyszedł do swojego gabinetu. Słyszała, że przez chwilę rozmawiał przez telefon. Wrócił, wstawił wodę, zrobił kawę, usiadł przy niej, podał kubek:

– To może jednak pogadamy?

– Jest dziesiąta, za chwilę masz rozmowę telefoniczną w sprawie umowy. Pamiętasz? Chodzi o zamówienie dziesięć osiemnaście – na chwilę ocknęła się.

– Dzwoniłem, przełożyłem za pół godziny.

– Po co?

– Bo widzę, że coś u ciebie nie tak. Miewasz różne humorki, ale w takim widzę cię po raz pierwszy.

– Muszę pojechać gdzieś, gdzie dawno nie byłam. Lubiłam to miejsce.

– To chyba dobrze?

– Nie wiem. Lubiłam je, ale wydarzyło się coś strasznego i chciałam o nim zapomnieć – patrzyła w ścianę, jakby była gdzie indziej.

Nie wiedział co powiedzieć, nie rozumiał o czym mówiła. Milczał.

– To się stało zanim przyjąłeś mnie do pracy. Do dziś nie wiem dlaczego mnie zatrudniłeś … Byłam wtedy taka inna.

– Byłaś wtedy, taka jak teraz, nieobecna.

– Tak – spojrzała mu w oczy – to było tak dawno temu.

Patrzyła na niego, a on czuł, że go nie widzi.

– Wtedy – chciała mu powiedzieć, ale ciągle nie mogła wyrzucić z siebie tych słów – wtedy wydarzyło się coś strasznego.

– Tak myślałem i to mnie poruszyło. Takiej cię potrzebowałem.

 

Trzymała tę maleńką karteczkę w dłoni.

– Co ja mam z tym począć? Nie mogę już tego zignorować. Do końca miesiąca. A jesteśmy w połowie. I co teraz? A decyzja jest właściwie tylko jedna, a ja nie mogę jej podjąć. Po co? Po co mi to dałaś?

Kobieta milczała. Spała. Zapewne udawała, ale wyglądała jakby spała snem wiecznym.

– Nie powiesz mi. Jasne, najłatwiej coś zrobić, a potem zasnąć i mieć to wszystko w tym swoim zielonym tyłku. Nic tylko go kopnąć.

Usta kobiety zadrżały.

– Pewnie, jeszcze się pośmiej. Bo to takie zabawne. Mieć zielony tyłek, wypięty na wszystko i wszystkich. A właściwie po co ci to dupsko. Nie masz zębów, bo nie jesz. To po co tyłek?

Zielona kobieta już się śmiała, chociaż widziała, że Oli wcale wesoło nie jest. Usiadała i śmiała się w głos, a w jej śmiechu był potężny wodospad, a radość tak wielka, że aż zaraźliwa.  Ola jeszcze się broniła, jeszcze chciała coś powiedzieć, ale już się śmiała, już nie mogła się zatrzymać.

– Na tyłku siedzę. Nie myśl sobie, muszę na czymś siedzieć. A poza tym jakoś muszę wyglądać.

– A możesz wyglądać jakoś inaczej?

Kobieta skuliła się i w jednej chwili stała się kamieniem. Z kamienia wysunęły się łapy z ostrymi pazurami, ogon długi z pędzlem na końcu, tułów i nagle wyciągnęła się głowa z wielką grzywą i zaczęła przeraźliwie ryczeć. Ola odskoczyła przestraszona. Lew stanął na tylnych łapach, wypiął śmiesznie pupę, zadarł ogon do góry, z tyłka zaczęły mu wyrastać dwa słupy, łapy tylne zamieniły się jednocześnie w słupy, z reszty ciała w jednej sekundzie powstało oparcie z poręczami i na stole stanęło krzesło. Chwilę później krzesło otrząsnęło się i stanęła zielona kobieta z roziskrzonymi oczami.

– Jak cudownie, rozciągnęłam się trochę.

– Jak to możliwe?

– Moje ciało jest zbiorem cząstek ruchomych, mogą przemieszczać się dowolnie. Nie mamy żadnych ograniczeń.

– Nie mamy? To jest was więcej.

– A chciałaś być tą wybraną i wyróżnioną? Niestety kochanie, jest nas więcej – uśmiechnęła się.

Ola milczała. Przyjęła zieloną kobietę i dopiero teraz poczuła, że nawet nie zastanowiła się kim ona jest, dlaczego żyje, po co zjawiła się w jej domu.

– Nie mogłam na to pozwolić. Aleksandro, potrzebowałaś normalnie żyć, a ja potrzebowałam być tu z tobą. Sama mnie o to poprosiłaś.

– Ja? Nie rozumiem.

– Pomyśl.

– Nie wiem o czym mówisz, naprawdę. Przecież ja w ogóle nie wiedziałam, że taka istota, przepraszam za wyrażenie, w ogóle istnieje. Jak mogłam cię przywołać?

– Czułaś, że chcesz coś zmienić. Czułaś, że utknęłaś … umarłaś. Tym mnie przywołałaś.

– Przyszłaś, bo cię potrzebowałam?

– Tak właśnie było.

Oczy Oli zaszkliły się. Zielona kobieta wskoczyła na jej ramię, rozsiadła się na nim i zaczęła delikatnie przeczesywać jej włosy.

– Uspokajasz mnie tym, prawda?

– Wcześniej też wprowadziłam cię w lekki trans, żebyś mogła przyjąć mnie jako coś naturalnego w twoim życiu.

– Teraz też to robisz?

– Już nie muszę – przeczesywała jej włosy małą dłonią, a one powoli nabierały blasku, stawały się coraz bardziej brązowe.

– Kim jesteś?

– Jesteśmy starym rodem. Pochodzimy z czasów, gdy wy nie istnieliście. A my byliśmy gdzie indziej.

– Gdzie indziej?

– Pochodzimy z drugiej strony.

– Z drugiej strony? Czyli z …?

– Nie, to nie jest niebo. Kiedy umieracie to przechodzicie w ten wymiar. Możesz nazywać to niebem, bo faktycznie nie ma tam trosk w waszym rozumieniu. Jednak każdy ma tam swój czas i swoje cele do zrealizowania. Tu nie ma słów, żeby to trafnie wyrazić.

– Czy poznałaś moich rodziców? – spytała z nadzieją.

– Nie. Gdybym ich poznała nie mogłabym tu być.

– A po co tu jesteś?

– Jak myślisz?

– Nie wiem.

– Pomyśl.

– Nie wiem – wzruszyła ramionami – nie wiem.

– Wiesz – uśmiechnęła się do niej oczami pełnymi miłości. Jej usta nie drgnęły.

– Bo coś mam zmienić? Tak?

Kobieta milczała. Ola bezradnie westchnęła:

– Masz jakieś imię?

– Nie mogę go ujawnić.

– Jak to?

– Moje imię ma ogromną moc. Korzystam z niej, gdy jest to ważne. Gdyby ktoś je poznał i użył odpowiednich słów, mógłby mnie zniszczyć.

– Zaklęcia?

Kobieta prychnęła. Ola w głowie usłyszała: „Jakie zaklęcie, to dla dzieciaków, w bajkach tak piszemy, żeby było ciekawie. Też mi coś, zaklęcie”. Chodziła przy tym jak rozwścieczona kotka.

– Przepraszam? – powiedziała niepewnie.

– To są słowa, które można wypowiedzieć na co dzień w rozmowie. Można użyć nawet tego ułożenia, bo to jest forma zdania. I takie nie są dla mnie szkodliwe. Ale wypowiedziane na głos, poprzedzone moim imieniem, zniszczą mnie.

– Co to znaczy, że cię zniszczą? Chodzi ci o to, że umrzesz.

– Nie. Chodzi o to, że nigdy już nie będę żyła, nic po mnie nie pozostanie, nawet energia, nie przejdę już na drugą stronę, nie wrócę tu. Po prostu mnie nie będzie.

– Jak chcesz bym do ciebie mówiła?

– Nie ma to dla mnie znaczenia. Możesz mówić na głos, albo myślami. Wiesz przecież, że słyszę je.

– Nie to miałam na myśli – zaśmiała się – jak mam się do ciebie zwracać, jakim imieniem?

– Bez różnicy. Nazywaj mnie jak chcesz, jeśli tego potrzebujesz.

– Czyli uważasz, że mogłabym cię nie nazywać?

– Jestem u ciebie już jakiś czas. Czy było ci potrzebne moje imię?

– Właściwie to nie – zastanowiła się – naprawdę nie –była zaskoczona.

 

8.

Drzwi otworzyły się i zamknęły z trzaskiem. Reni energicznym krokiem weszła do pokoju:

– Jak u was dziewczynki?

– Dziękujemy, mogłoby być lepiej.

Dopiero teraz zauważyła, że Ola pakuje torbę.

– Wyjeżdżasz gdzieś? – zdziwiła się, bo zwykle Ola o wszystkim jej mówiła.

– Tak i nie wiem na jak długo.

– Jak to nie wiesz?

Ola wyprostowała się. Zobaczyła minę przyjaciółki:

– A tak, źle się wyraziłam. Jadę jutro rano, być może zostanę na następny dzień. Ale nie jestem pewna.

– Nie rozumiem – Reni była zdezorientowana.

– Chodź, w kuchni mam super sernik. Upiekłam, wyobraź sobie.

– Ty, upiekłaś sernik?

– A prosty przepis, rach ciach i jest. Znalazłam w internecie. Jedz i delektuj się.

Wstawiła wodę na herbatę.

– Może jaśminową?

– Może … O co tu chodzi? Pakujesz się, pieczesz sernik?

– Jadę do cioci – wyrzuciła na szybkim wydechu.

– Do tej cioci?

– Nie mam innej.

– Skąd ten pomysł? Nie widziałaś jej przecież …

– Trzy lata. Wiem. Czas to zmienić.

– Ale co się stało?

– Nie mówiłam ci o tym. Przepraszam, ale ja nie mogłam – wyszła do pokoju rodziców. Sięgnęła do szuflady, wyjęła listy i przyniosła do pokoju.

– Jest ich siedemnaście – położyła na stole – pisała do mnie raz na dwa miesiące. Nie czytałam ich.

Reni wzięła plik listów i przekładała każdą kopertę.

– Nie czytałaś ich, a wszystkie są otwarte.

– Nie czytałam ich, kiedy do mnie przychodziły. Przeczytałam je teraz.

– Po co?

Ola spojrzała na zieloną kobietę. Leżała, na stole w swojej stałej pozycji i patrzyła na nią wielkim żółtym, prawie pomarańczowym, okiem. „Spokojnie, nic nie powiem”. Uśmiechnęła się.

– Czy ty naprawdę uśmiechasz się do tej rzeźby?

– Mówiłam ci, lubię ją.

Reni westchnęła teatralnie.

– Kiedy przyszedł ostatni list, coś mnie podkusiło, żeby otworzyć kopertę. Ciocia prosi w nim, żebym przyjechała. Nie wiem czego chce, nie wiem po co jadę, ale nie mogę zrobić inaczej.

– Nie dziwię się.

– Umówiłyście się?

– Nie, nie mam do niej numeru telefonu. Rodzice znali na pamięć, nigdzie nie zapisali.

– A ich telefony były zniszczone … Pamiętam …

Zamilkły.

– Dlaczego nie mówiłaś o tych listach?

– Bo wydawało mi się, że były z tamtego życia.

 

„(…) to bardzo boli, mnie też. Nie mam słów by powiedzieć, jak strasznie jest mi przykro. Przyjadę do Ciebie, kiedy tylko chcesz. (…)”

„Olu, co się dzieje. Dlaczego nie odpowiadasz. Zadzwoń proszę. Nie chcę się narzucać, dlatego do ciebie piszę. Strasznie się martwię (…)”

„Byłam u Ciebie, ale nie było Cię w domu. Niepokoję się o Ciebie. Twoja sąsiadka z parteru powiedziała mi, że jesteś w pracy. To dobrze, że pracujesz. Cieszę się, że żyjesz i nie poddajesz się. Mam nadzieję, że wsparciem dla Ciebie jest Twoja przyjaciółka. Chyba ma na imię Renata. Karolina czasem o niej mówiła, że taka fajna dziewczyna, wartościowa i mądra. Jak to mówią, jacy rodzice, takie dzieci. Chyba u nich się to sprawdza.

Jestem teraz spokojniejsza o Ciebie, bo wiem, że dajesz sobie radę. Zapraszam Cię do siebie, kiedy tylko będziesz miała na to ochotę. Jeśli chcesz zadzwoń … chciałabym usłyszeć Twój głos (…)”.

„Minął rok od śmierci Twoich rodziców, a moich wielkich przyjaciół. Nie kontaktujesz się, rozumiem. Pewnie mnie nienawidzisz, w końcu gdy to się zdarzyło, wracali ode mnie. Dla mnie to też był trudny czas. Nie ma sensu opowiadać. W każdym razie, teraz jest trochę lepiej. Nie wrócę już do pracy. Lekarze mi nie pozwalają. Nie żałuję. Mój ogród mi wystarcza. Całuję mocno. Kazimiera”.

„Jestem na Ciebie wściekła. Chyba w ogóle nie czytasz tych listów. Już poprosiłam listonosza, żeby swoimi drogami dowiedział się, czy one do Ciebie docierają. Myślałam, że pomyliłam coś w adresie. Ale nie, wiem, że je odbierasz. Dlaczego więc, nie odpisujesz? Już nawet odważyłam się i zadzwoniłam na domowy numer. Ale okazuje się, że go nie masz. Proszę wszystkie siły, żeby zmusiły Cię do przeczytania tego listu (…)”

„(…) postanowiłam, że nie odpuszczę. Może kiedyś jednak przeczytasz. Wierzę, że tak będzie. Modlę się o to. Jesteś dla mnie rodziną, jedyną i nie chcę rezygnować (…)”

„To już druga zima bez Nich i bez Ciebie. W ogrodzie wszystko w śniegu. Wczoraj spadł i jest tak spokojnie i świeżo. Cicho też. Bardzo lubię tę ciszę, gdy spadnie śnieg. Twój tata tak lubił śnieg.  Czasem mówił, że tęskni za zjeżdżaniem na sankach. Wtedy mówiłam mu, że stary jest i że głupoty mu w głowie. Dziś sama bym z nim zjeżdżała …

Nie zapominaj, że życie jest zaskakujące, korzystaj z niego (…)”

„(…) Znalazłam je (zdjęcie) w kufrze na strychu. Postanowiłam zrobić porządek i oczywiście, otworzyłam ten kufer. I utonęłam w nim na dwa dni, we wspomnieniach, łzach i radości, czasem. Wtedy byliśmy nad morzem i miły przechodzień zrobił nam zdjęcie. To był dobry czas (…)”.

„(…) Może jednak przyjedziesz. Za chwilę będą Twoje ulubione jabłka. Karolina zawsze pamiętała, żeby zebrać je dla Ciebie. Mówiła, że na nie czekasz i jak nie przywiezie, to nie wpuścisz jej do domu. A pamiętasz tę śliwę, co miała takie drobne śliweczki. Nazywałaś je rodzynkami i jadłaś je z cierpliwością. Właściwie rosła tylko dla Ciebie. Niestety jakby coś wyczuła i uschła. Kiedy zobaczyłam te opieńki na jesieni, to czułam co się stanie. W tamtym tygodniu ją ścięłam, to znaczy Zenek ją ściął i wziął drewno.

Nie wiem po co Ci to piszę, (…) powoli tracę nadzieję (…)”

„(…) Czas jakoś tak ucieka. Szybko. A z nim zdrowie. Muszę pomyśleć o sobie. Czy mam myśleć o Tobie? Muszę podjąć różne decyzje, bo sobie przestaję radzić. Ta zima wyraźnie mi to pokazała. (…)”

 

9.

Stanęła przed furtką. Bała się. Drętwiała na samą myśl, że wejdzie tu, gdzie oni byli. Ostatnie ich miejsce. Stała więc, bez ruchu, bez siły. Wszystko wydawało się takie jak kiedyś, choć tym nie było. Było smutne, melancholijne. Czuła przenikliwe zimno.

Wydawało jej się, że widziała cień w kuchennym oknie, tak to było to okno, przy nim stał stół, drewniany, prosty, aż nadto. A na nim …

Otworzyły się drzwi, ukazała się w nich kobieta, owinięta wełnianą chustą. Patrzyła przez chwilę, wróciła się i zamknęła drzwi. Ola nie wiedziała co dalej. Nie była pewna, czy to była Kazimiera. Pamiętała, że miała czarne włosy i trzymała się prosto, a tam widziała siwą, starszą osobę.

Otworzyły się drzwi. Znów wyszła ta sama kobieta, tym razem w zielonej kurtce. W ręku trzymała laskę. Powoli, chwytając poręczy, zeszła ze schodów. Przeszła kilka kroków. Zatrzymała się, wytężyła wzrok:

– Ola, to ty?

Nie wiedziała, co powiedzieć. Przemknęło jej by jeszcze uciec, ale wyrwało się jej, krótkie:

– Tak.

Kobieta podpierając się laską, wolno doszła do furtki. Nie spojrzała na nią, gdy przekręcała klucz. Otworzyła i gestem zaprosiła do środka. Zamknęła z powrotem furtkę i wolno krok za krokiem szła do domu. Ola za nią. Nie wierzyła własnym oczom.

– Wejdź – otworzyła drzwi domu – czekaliśmy na ciebie.

– Czekaliście?

– Ja i ten dom – spojrzały sobie w oczy. Jej, mimo choroby, nadal były pełne życia. Uśmiechnęła się.

– Wszystko jest tak jak było.

Ola zdjęła płaszcz i ręką sięgnęła na górną półkę, gdzie leżały jej pantofle. Faktycznie nic się nie zmieniło.

– Chcesz herbaty? – już krzątała się przy piecu.

Ola weszła do kuchni. Miała wrażenie, że wróciła z długiej podróży. Uśmiechnęła się:

– Chcę kakao.

Kazimiera odwróciła się do niej.

– Pamiętasz?

– Pamiętam – uśmiechnęła się do niej.

Minęła chwila, gdy kakao stało na stole, a Kazimiera siedziała naprzeciwko.

Patrzyły na siebie i milczały, obydwie nie wiedząc co powiedzieć.

– Cieszę się, że jesteś – ciocia uśmiechnęła się do niej.

– Przepraszam … Nie wiem …

– Nic nie mów, nie masz za co przepraszać. Rozumiem.

– Ale …

– Ale nie ma o czym mówić. Wszystko minęło.

– Ciociu …

– Nie mów tak do mnie. Za stara jestem – podniosła kubek w stronę kubka Oli. Uśmiechnęła się nieśmiało. Stuknęły się ich krawędziami – Kazimiera.

– Aleksandra – uśmiechnęła się do niej.

– Chcesz, żebym tak do ciebie mówiła?

– Jeśli chcesz, ostatnio często słyszę to imię. Dziwnie brzmi, ale całkiem ładnie.

– Aleksandro, co więc zrobimy z tak dobrze rozpoczętym dniem?

Ola westchnęła:

– Pozwól mi powiedzieć – spojrzała w jej oczy – twoje listy przeczytałam kilka dni temu. Dziękuję, że je pisałaś. Ja nie mogłam ich otworzyć, czytać … Nie wiem dlaczego, nie potrafię powiedzieć. Nie mogłam ich też wyrzucić. Ale wiedziałam, że jesteś. Myślisz …

– Dobrze, że ty jesteś, tu, teraz … Cieszę się.

– Nie powinnam tak robić.

Ciocia dotknęła jej dłoni, delikatnie ją objęła:

– Olu, dziecko, jeden Bóg wie, co ty przeżyłaś. Żałuję, że nie byłam przy tobie. Żałuję, że
sama … – po jej policzku spłynęła łza – że nie zadzwoniłam. Ja sama byłam … nie istotne. W każdym razie dziś wiem, że trzeba cieszyć się tą chwilą, tym momentem, bo … bo …

– Kolejny może nie nadejść …

Milczały. Ola patrzyła w okno, bezsilna. Kazia utkwiła wzrok w blacie stołu.

– Byłaś chora, prawda? – Ola przerwała ciszę.

– Tak.

– Co się stało?

– Nie ważne, Olu … naprawdę …

Ola wstała gwałtownie:

– Jak mogłam zapomnieć … Przecież ty …

– Ola, daj spokój, proszę – spojrzała na nią błagalnie – ja już sobie poradziłam.

Odwróciła się tyłem. Poczuła falę wstydu. Jak mogła być taką egoistką! Jak mogła myśleć tylko o sobie! Przecież ona już raz przeżyła ten koszmar, wcześniej, gdy jej syn i mąż … Łzy ciekły po policzkach. Jak mogła dopiero teraz to sobie przypomnieć! Jak!

Poczuła dłoń na swoim ramieniu:

– Kochanie, już dobrze – delikatnie głaskała ją po plecach – już dobrze. Chodź, usiądź.

Posłusznie poszła za jej głosem. Zaprowadził ją do pokoju i usadowił w ciepłym, fotelu. Owinęła się kocem, który jak zwykle tam leżał.

– Na co jesteś chora?

– Jestem wariatką – uśmiechnęła się do niej spokojnie.

– Przestań.

– Naprawdę. Depresja.

– To znaczy, że jesteś smutna?

– To znaczy, kochanie, że wolałbym nie mówić. Ale znam cię i wcześniej czy później zmusisz mnie, żebym ci powiedziała, więc po co czekać. Nałykałam się prochów. Chyba Krzysiek nade mną czuwał, albo Kamil, może cała czwórka. Odratowali mnie i ciągle jestem.

– Jesteś inna, chodzisz o lasce, masz srebrne włosy …

– Zestarzałam się – znów się uśmiechnęła.

– Za szybko … Z tą nogą da się coś zrobić?

– Chcą mi zrobić operację, wstawić jakąś endoprotezę. Ale boją się … spore ryzyko, bo mam nadciśnienie i coś z sercem.

– Jednak chcą?

– Powiedzieli, że muszę przyjść do szpitala na dłużej, badania, obserwacja, takie głupoty i wtedy zdecydują.

– Chcesz iść?

– Jeszcze nie teraz. Niech zrobi się cieplej.

Ola nie rozumiała i nie dopytywała. Znała tę minę cioci. Temat skończony.

– A ty, zdrowa?

– Tak … pracuję.

– Jak Renata?

– Dzięki, bez niej nie dałabym rady. Bez niej i jej rodziców. Są teraz … – spojrzała niepewnie na Kazimierę.

– Twoją rodziną. To dobrze.

– Zapomniałam, od niedawna mam też kota – roześmiała się – taka cudna, ruda. Renata mi ją dała – przypomniała sobie – ty też miałaś takiego burasa? Gdzie on jest?

– Poszedł, nie wrócił. Nie wiem gdzie jest. A może już go nie ma. Łajza był i tyle.

– I nie masz teraz żadnego zwierzaka? – Oli wydawało się to nie możliwe.

– Bysiek jest u sąsiadów. To wielki pies, odkąd słabo chodzę, nie dałam rady się nim zajmować. A tu obok zamieszkali tacy młodzi ludzie i chętnie go wzięli. Odwiedzam go, czasem go przyprowadzają, biega po sadzie. To kochany psiak, zawsze się wita, że o mało człowieka nie przewróci.

– Masz dobrych sąsiadów.

– Nie można narzekać.

– A twoja przyjaciółka?

– Zagląda na kawkę, czasem robi mi zakupy, a czasem Zenek. Daję sobie radę. A ty?

– A ja?

– Jak sobie radzisz? Wróciłaś do życia?

– Nie rozumiem.

– Czyli nie wróciłaś … – westchnęła – pewnie nic nie zmieniłaś w domu?

– Nie rozumiem – Ola czuła, jak narasta w niej, tak, rośnie coraz szybciej, chęć schowania w swoją skorupę.

– Olu, kochanie, nie bój się – podeszła do niej, usiadła obok – wiem jak to jest i znam ciebie. A tu trzeba żyć – mówiła łagodnie – nie bój się. Już możesz przewietrzyć dom, wymieść kurze, wyrzucić co ci służyło, a już nie potrzebne.

– Ale …

– Już czas, kochanie, już czas …

Trzymała jej dłoń delikatnie i stanowczo.

– Olu, nie byłaś na cmentarzu, wiem, od dawna.

– Nie byłam od tamtego momentu.

– Nie byłaś od pogrzebu, wiem – mówiła cicho – trochę tam posprzątaliśmy. Z Zenkiem. Obstalowaliśmy deskami, zamówiłam krzyż. Zasadziłam takie tuje płożące. Ładnie tam jest – uśmiechnęła się – nie bój się, możesz tam iść.

Ola patrzyła mokrymi oczami. Czuła wdzięczność i coraz większy spokój.

– Dziękuję ciociu – objęła ją za szyję – dziękuję.

– Pójdę coś zrobić do jedzenia. Posiedź tu, odpocznij.

Ola zasnęła, nie wiedziała nawet kiedy. Spała mocno i krótko. W domu pachniało ziemniakami i schabowym. Wstała, zawinięta kocem ruszyła do kuchni.

– Dobrze, że jesteś. Właśnie skończyłam. Jedz.

Kazia postawiła dwa talerze na stole. Kompot i sztućce już na nim były.

Zjadły i Ola pożegnała się.

Przy furtce, usłyszała:

– Kochanie żyj – spojrzała w jej orzechowe oczy – już czas. I zadzwoń czasem – zaśmiała się.

 

– Mateusz, przepraszam, że dzwonię, ale …

– Nie ma sprawy, coś się stało?

– No właściwie, to … Nie wiem jak to powiedzieć. Utknęłam na przystanku i nie mam jak wrócić do domu, a jestem poza miastem.

– To znaczy, że pojechałaś tam, gdzie mówiłaś.

– Tak, i mogłabym przenocować u cioci, ale wolałabym nie. Chyba już wszystko sobie powiedziałyśmy.

– Mógłbym być najwcześniej za godzinę.

– Naprawdę możesz przyjechać?

– Jasne.

– Tutaj na trasie jest stacja benzynowa. Spotkajmy się tam. Przejdę się kawałek.

– W porządku, do zobaczenia.

Szła drogą dla pieszych i rowerzystów przy trasie. Kiedy ostatnio tu była, nie było jej. Miasteczko wyraźnie postawiło na rekreację. To chyba dobry wybór. Myślała o tym wszystkim co usłyszała, o czym miała nadzieje nigdy nie rozmawiać. Wierzyła, że jeśli nie będzie mówić, to to nie będzie istnieć. Jednak to uparcie istniało.

Podjechał, zatrzymał się przy niej. Wysiadł, podszedł, otworzył drzwi od strony pasażera, zrobił zapraszający gest ręką:

– To pani zamawiała taksówkę?

Uśmiechnęła się, wsiadła. Za chwilę siedział obok niej.

– Jak się masz?

– Mateusz, przepraszam, czy możemy jechać? – spojrzała prosząco.

– Jasne.

– Przepraszam jestem zmęczona.

Wyjechał ze stacji i skierował samochód na trasę.

– Może to nie najlepszy moment, ale chciałem powiedzieć, że naprawdę kiedy cię zatrudniałem, potrzebowałem pracować z tobą. Miałaś swoje sprawy, problemy, a ja miałem swoje, z których musiałem się wykaraskać. To było najważniejsze. Rozumiesz?

Zerknął w jej stronę. Patrzyła w horyzont. Znów zamarła.

– Kilka miesięcy wcześniej, umarli moi rodzice. Zginęli w wypadku samochodowym, mniej więcej w tym miejscu – patrzyła przez boczną szybę. Mówiła bardzo wolno.

Mateusz milczał, nie potrafił wydobyć słów.

– Zginęli na miejscu. Podobno, wokół samochodu było pełno jabłek. Mama wiozła je dla mnie.

Znów patrzyła przez przednią szybę.

– Cała moja tajemnica – westchnęła – powiedziałam to po raz pierwszy. Dziękuję, że tobie.

Zjechał na pobocze. Zatrzymał się, wcisnął się w fotel.

– Nie wiedziałem. Myślałem, że rozstałaś się z jakimś facetem, że to jakieś babskie przeżycia. A tu … O Boże … Ola, strasznie mi przykro …

Nie odpowiedziała. Siedziała blada, nieruchomo. Mateusz, wysiadł z samochodu. Otworzył drzwi od jej strony:

– Proszę, wysiądź – podał jej rękę.

Wstała, on przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił:

– Przepraszam, nie wiedziałem.

Czuła jak łzy spływają jej po policzku, gorące, jedna za drugą, po raz pierwszy od tamtego czasu. Wtuliła twarz w jego sweter i płakała.

 

Nota prawna : Informuję, iż jestem autorką wszystkich tekstów zawartych na  stronie internetowej www.ewaczernik.pl. Informuję również, że potwierdzenie mojego autorstwa zostało zabezpieczone prawnie. Proszę zatem, abyś przestrzegał praw, jakie mi przysługują. Jako autorka nie zezwalam na jakiekolwiek wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstów zawartych na niniejszej stronie internetowej bez mojej zgody lub w sposób naruszający moje prawa chronione prawem autorskim. W szczególności nie zezwalam na kopiowanie, wydawanie, utrwalanie, zwielokrotnianie, jakikolwiek obrót, publikowanie w internecie i publiczne odtwarzanie treści zawartych na stronie internetowej. Jeśli chcesz wykorzystać mój utwór – skontaktuj się ze mną.

Dodaj komentarz